Sacred 3 – recenzja
Podoba Ci się ten artykuł?
Jak się już pewnie zorientowaliście po moich dotychczasowych recenzjach, to chociaż przez ostatni rok wyrosłam na „specjalistkę” od indyków i przygodówek, zawsze miałam wielką słabość do hack’n’slash, która pochodzi jeszcze z czasów pierwszego Diablo. Przecież nie ma lepszej metody na rozładowanie wszystkich stresów życia codziennego, jak wybranie swojej ulubionej postaci i wybicie za jej pomocą setek albo nawet tysięcy wrogów, bo przecież w tym gatunku trup ściele się gęsto.
Kiedy więc wybiła godzina premiery trzeciej odsłony Sacred, pierwsza ustawiłam się po nią w kolejce (no może troszkę wyolbrzymiam, ale nie za bardzo …), bo już po poziomach testowych było wiadomo, że dostanę to, co lubię najbardziej. Tym razem postawiłam jednak na konsolową wersję gry, a dokładniej tę na Xboxa 360, bo na stare lata człowiek robi się bardzo wygodny i jeśli musi wybierać między wygodną kanapą i nie do końca wygodnym krzesłem przy biurku, to bez wahania decyduje się na to pierwsze.
Wracając jednak do meritum, już na początku zaznaczę, że moim zdaniem przynależność serii Sacred to gatunku hack’n’slash nigdy nie była tak oczywista jak przy najnowszej odsłonie. Twórcy od zawsze uznawali swoje dzieło raczej za action RPG, podkreślając jego aspekt fabularny, ale przy najnowszej części powinni to sobie raczej darować – nie bez znaczenia jest tu pewnie fakt, że za Sacred 3 odpowiada już Keen Games, a nie jak dotychczas Ascaron Entertainment. Tak czy inaczej, jakaś historia tutaj oczywiście jest, więc wypada się jej przyjrzeć chociaż przez chwilę – swoją drogą chętnie ją sobie odświeżę, bo w ferworze walki zupełnie mi umknęła …
Żeby się w tym wszystkim nie pogubić, trzeba od razu zaznaczyć, że najnowsza odsłona kontynuuje wątki z Sacred Citadel, czyli chodzonej zręcznościowej bijatyki studia SouthEnd Interactive osadzonej w świecie Sacred, a nie drugiej części tej gry. Jak to zatem leciało? Zły lord Ashen postanawia sprzymierzyć się z demonami, żeby zdobyć legendarny artefakt, za pomocą którego można otworzyć bramy do podziemnego świata – strażnicy Serca Ancarii, bo o nim właśnie mowa, przez całe wieki pilnowali swego cennego skarbu, jednak pamięć on nich praktycznie wyginęła, więc potrzeba nowych bohaterów skłonnych ocalić Ancarię. Tu do akcji wkracza czterech potężnych wojowników i jak się łatwo można domyślić, my pokierujemy losami jednego z nich.
Zresztą zaraz po odpaleniu gry wita nas intro prezentujące ich sylwetki w akcji, które chociaż trochę ułatwia wybór postaci – nie da się jednak uniknąć wrażenia, że bohaterowie najlepiej sprawdzają się jako cała drużyna, pewnie dlatego, że twórcy projektowali grę z myślą o kooperacji. Niemniej jednak wybierać będziemy pomiędzy takimi warriorami: Marak, Wojownik Safiri (potężna postać wyposażona w broń dwuręczną idealna do niszczenia całych grup wrogów i przyjmowania morza ciosów); Vajra, Łucznik Khukuri (klasyczny łucznik atakujący z dystansu idealny dla wszystkich, którzy nie lubią walki wręcz); Claire, Paladynka Serafii (boska istota wzywająca na pomoc potęgę niebios, a przy okazji szybka i zwinna mistrzyni szermierki) oraz Alithea, Lansjerka Z Ankarii (uniwersalna bohaterka sprawdzająca się zarówno w walce na dystans, jak i bezpośrednim zwarciu, wspomagająca się zabójczymi truciznami).
Za sprawą nowego dodatku i oczywiście dodatkowej opłaty czeka na nasz także piąty bohater, tj. tajemniczy i mroczny Kython, Malakhijski Zabójca, którego pochodzenie jest nieznane, ale umiejętności z zakresu magii krwi mówią swoje.
Postaci już na pierwszy rzut oka są niemal do bólu stereotypowe i jeśli liczyliście na to, że chociaż za pomocą statystyk i umiejętności zrobicie z nich oryginały nie do podrobienia, to mam dla Was przykrą niespodziankę. Rozwój postaci nie jest mocną stroną trzeciego Sacred, aspekt ten został ograniczony do minimum i zunifikowany, przez co wszystkie dostępne postaci mają wiele cech wspólnych.
Oprócz zarezerwowanych tylko dla nich broni i zdolności (dosłownie kilku), dzielą z resztą pozostałe umiejętności (jak unik czy blok), zbroję (u każdego zostaje ulepszona po ukończeniu konkretnych misji), kupowane przed misją przedmioty (mikstury zdrowia, totemy, bomby, itp.), bitewne modlitwy (jest to specjalny atak dostępny tylko w trybie kooperacji, który u każdego wygląda inaczej, ale przynosi ten sam skutek, bo jest potężnym atakiem obszarowym) czy Duchy oręża (m.in. Elf, Driada, Smok czy Wampir).
Ten ostatni element zasługuje na chwilę uwagi, bo jest małym i chyba jedynym w nowym Sacred powiem świeżości. Chodzi o duchy otrzymywane po spełnieniu konkretnych warunków, jak wypełnione zadanie poboczne czy zabicie przeciwników, która wypełniają naszą broń specjalnymi zdolnościami. Jest tu jednak mały haczyk, bo każdy z duchów ma zarówno efekt pozytywny, jak i negatywny, np. w przypadku Elfa orby przywracają większą ilość zdrowia członkom naszej drużyny, ale nas leczą dużo słabiej, a Krasnolud sprawia, że rośnie nasza szansa na zadanie obrażeń krytycznych, ale jednocześnie otrzymujemy większe obrażenia. Co ciekawe, Duchy oręża gadają do nas w czasie rozgrywki, co potrafi być skrajnie irytujące, szczególnie że ma się wrażenie, iż niektóre z nich w ogóle się nie zamykają!
Skoro już przy walce jesteśmy, to wspomnę jeszcze, że w każdej misji możemy korzystać tylko z dwóch umiejętności specjalnych, które sobie wcześniej wybierzemy. Te odblokowują się w konkretnych momentach gry, tj. po osiągnięciu wymaganego poziomu i wtedy można je sobie wykupić, a następnie ulepszyć. Nic nie stoi również na przeszkodzie, żeby w dowolnym momencie zupełnie je wymienić, bo gra umożliwia bezstratne cofnięcie naszych decyzji - w każdej chwili da się zabrać kasę z jednej zdolności i rozbudować za nią inną („w każdej chwili” oznacza oczywiście „przed misją”, bo wszelkie tego typu decyzje w Sacred 3 podejmujemy z poziomu lobby).
Jeszcze tylko jedna mała sprawa, czyli loot - zabijani przeciwnicy zostawiają nam tylko kulki energii oraz złoto (pisałam już o odgórnie narzuconym pancerzu, więc teraz możecie dopisać do listy również broń, której z pewnością nie znajdziecie na polu walki), za które nabywamy dostępne w sklepie przedmioty lecząco-wspomagające i wspomniane już umiejętności.
No dobra, w tym miejscu zaczynam chyba dochodzić do wniosku, że to nowe Sacred to nie jest nawet hack’n’slash, a po prostu rasowy slasher z widokiem izometrycznym. Bo jeśli do słabych drzewek rozwoju postaci i typowo slasherowego charakteru walki, przywodzącego na myśl choćby Devil May Cry, dołożę jeszcze fakt, że zadania ograniczają się zawsze do jednego – wybicia wszystkiego co się rusza, a na końcu poziomu zaszlachtowania mocniejszego szefuńcia, to o gatunku diablopodobnym, a tym bardziej fabularnej grze akcji w ogóle nie może być mowy.
Gdzie tu historia, rozbudowane zadania główne, poboczne i dialogi? Moim zdaniem praktycznie ich tu nie ma lub nie odgrywają żadnej znaczącej roli – kiedy kończymy jeden poziom, odblokowuje się nam ścieżka do kolejnych, którym towarzyszą zazwyczaj dwie miejscówki nieobowiązkowe, gdzie pakujemy swoją postać, a polegają oczywiście na … wybiciu wszystkiego na planszy lub przetrwaniu kolejnych fal przeciwników, czyli … wybiciu wszystkiego na planszy.
Czy to źle? No właśnie to zależy od tego, czego się od gry oczekiwało - jeśli faktycznie liczyliście na action RPG, to raczej będziecie mocno zawiedzeni, jeżeli natomiast szukacie okazji do niezobowiązującego wybijania przeciwników, to sprawa ma się zupełnie inaczej. Szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, że Sacred 3 ma tryb kooperacji (maksymalnie 4 osoby) i do do gry mogą dołączyć nasi znajomi, co zawsze jest dużym plusem.
Chyba zabrzmiało to jak podsumowanie, więc i niech tak będzie, ale dodam jeszcze tylko, że oprawa audiowizualna stoi na bardzo przyzwoitym poziomie - na szczególną uwagę zasługują tu bardzo zróżnicowane i ciekawe projekty poziomów czy efekty czarów (nie będę już za bardzo czepiać się tego, że Xbox czasami trochę niedomagał i obraz widocznie klatkował). Muzyka też jest niczego sobie, więc kiedy uda się jej przebić przez odgłosy szlachtowania przeciwników wszelkiej maści, miło przygrywa w tle, a wymieniane przez drużynę komentarze, niemal na każdym kroku nabijające się z konwencji gier świata fantasy, to już wisienka na torcie. Jak więc z końcową oceną? Moim zdaniem uczciwa będzie tu „siódemka”, bo chociaż lubię gatunek reprezentowany przez grę (niezależnie od tego, czy uznamy ją za hack’n’slash, czy też slasher), to nie znoszę w grach nudy, a tu miejscami wkradało się jej zbyt wiele.
- - humor i oprawa audiowizualna
- - zróżnicowane poziomy
- - tryb kooperacji
- - niedostatki techniczne
- - monotonne misje
- - ubogi system rozwoju postaci














Komentarze
Brak komentarzy dla tego artykułu.