Marvel vs Capcom 3: Fate of Two Worlds
Podoba Ci się ten artykuł?
Na te pytania najlepszą odpowiedzią będzie "i tak i nie". Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście grafika. Tutaj na szczęście nie ma pola do debaty, bowiem gra wygląda świetnie. Silnik MT Framework pozwolił na stworzenie doskonałych modeli postaci. Każdy z dostępnych wojowników wyraźnie odróżnia się od innych wyglądem. Daleko im do identycznych modeli różniących się twarzą, ubraniem i kolorem fireballi. Co więcej, większości ataków towarzyszą efektowne płomienie i rozbłyski, a animacje technik specjalnych często zapełniają ekran zatrzęsieniem barwnych eksplozji, ogni chaosu, czarnych dziur czy latających minirobotów. Nie można zapomnieć o wspaniałych arenach. Po kilkunastu minutach testów (głównie w trybie treningowym) musiałem na chwilę oderwać oczy od szalejącego na ekranie Dantego i spojrzeć na niesamowity spektakl mający miejsce za nim. Plansza "S.H.I.E.L.D. Helicarrier" rzuca postaci graczy na pierwszy plan regularnej bitwy powietrznej. Pojazd na którego platformie dzieje się akcja jest pod ciągłym ostrzałem i nie pozostaje dłużny. Zewsząd nadlatują nieznane samoloty i helikoptery a strzały i eksplozje nie ustają. Choć oczywiście wydarzenia w tle są zaskryptowane i powtarzają się, towarzyszy im tak duża dbałość o szczegóły, że nie pozostawiają pola do czepiania się. Podobnie inne tła mają swoje charakterystyczne elementy. "Daily Bugle" (znana z historii Spider-Mana) stawia postaci na platformie regularnie zmieniającej wysokość, za którą widać ogromne, kolorowe balony, czy rozpraszające plakaty na budynkach. Z kolei na Wyspie Kattleox (tu ukłon w stronę Tron Bonne i Megaman Legends) rozpraszają wybuchające fajerwerki i biegające wokół servboty. Szkoda tylko, że domyślnym tłem jest plansza treningowa zamiast losowej. Jest ona bowiem najmniej ciekawa i każdy, kto spędzi więcej czasu przy MvC3 z pewnością wyrobi sobie odruch zmiany areny przed walką.
Oprawa audio także nie pozostawia wiele do życzenia. Każda postać ma swój temat muzyczny, więc usłyszymy zarówno solidne remixy znanych utworów jak i zupełnie nowe melodie. Duży plus przyznaję za zmianę utworu granego w trakcie walki wraz ze zmianą postaci. Jeśli chodzi o aktorów głosowych, to bez dwóch zdań zasłużyli na swoje wypłaty. Każda postać brzmi jak powinna, a niektórymi warto zagrać dla samych tekstów (tu szczególnie polecam Dormammu, Iron Mana, czy bezbłędnego Deadpoola).
Choć oprawa audiowizualna stoi na najwyższym poziomie, stanowi ona tylko niewiele wart dodatek do właściwej gry. W końcu w bijatykach najważniejszy jest system walki, ciekawe postaci i dopracowane tryby. Tu zaczyna się dychotomia opinii. Ci spośród was, którzy od bijatyki oczekują co najmniej zadowalającego balansu wojowników oraz dostępu do trybów: trening, versus i (opcjonalnie) online z pewnością się nie zawiodą. Ekran wyboru walczących zapełniają na starcie 32 twarze, z czasem odblokować można dodatkowe cztery, a jako DLC dostępne są już dwie kolejne. Wszystkie postaci nawet na pierwszy rzut oka znacznie się różnią, jeśli chodzi o styl walki. Oczywiście, pewne elementy systemu są wspólne, jednak nie ma tu mowy o postaciach, których różnice wychodzą na wierzch dopiero na najwyższych poziomach gry. Sterowanie uległo uproszczeniu i zamiast sześciu przycisków ataku mamy cztery oraz dwa odpowiedzialne za postaci asystujące. Ponieważ w walkach biorą udział trzyosobowe drużyny, nad jedną postacią w danym momencie gracz ma pełną kontrolę, a pozostałe dwie może przywołać, by pomogły atakiem, osłoną lub innym wsparciem. Nowy system wychodzi grze na plus. Gracze nowi w świecie bijatyk mają ułatwione zadanie przyzwyczajenia się do klawiszologii, a wyjadaczom z pewnością nie będzie to przeszkadzało. Oprócz solidnego trybu treningowego do dyspozycji został też oddany tryb wyzwań, w którym dla każdej postaci przygotowano dziesięć zadań o rosnącym stopniu trudności. Początkowo wystarczy wykonać jeden atak specjalny, czy prostą sekwencję trzech - czterech komend. Szybko jednak zostajemy rzuceni na głębokie wody combosów, których zapis nie mieści się na jednym ekranie, a wykonanie wymaga idealnego wychwycenia momentów. Pod tym względem tryb trochę kuleje i nieodzowne okazuje się porównanie do dwu gier, które zrobiły to samo lepiej. Z jednej strony BlazBlue: Continuum Shift oprócz niełatwych wyzwań miał też do zaoferowania kompleksowy, zawarty w grze instruktaż wyjaśniający podstawy i niuanse systemu gry. Dzięki temu, choć właściwe wyzwania nie były łatwiejsze, to były zrozumiałe. Z drugiej strony Super Street Fighter 4, paradoksalnie gra Capcomu, zawierał ponad dwadzieścia prób dla każdej postaci. Tam, choć niekiedy niełatwo było zrozumieć, gdzie tkwił haczyk danego combosa, przynajmniej wzrost poziomu trudności był dużo płynniejszy.
Niestety, nie da się ukryć, że MvC3 cierpi na syndrom Soulcalibura 4. Nowa część serii, choć oferuje dużo zmian i nowości, jest bardzo uboga w zawartość dla pojedynczego gracza. Trening, versus, online, challenge, arcade, gallery i to wszystko. Owszem, system gry jest bardzo dobry, w kwestiach balansu nie ma na co narzekać a ilość, różnorodność i dopracowanie postaci gwarantują, że każdy znajdzie coś dla siebie, ale czy nie jest to zaledwie osiągnięciem standardu? Przecież to bijatyka turniejowa ze stajni Capcomu. Spełnienie kryteriów systemu to tylko niezbędne minimum. Tymczasem poza solidnym aspektem rywalizacji Capcom nie oferuje nam nic. Na tryb arcade składa się kilka walk zwieńczonych starciem z Galactusem, a później marnym wysiłkiem nagrodzenia gracza, któremu chciało się marnować czas na walkę z konsolą. Czy naprawdę czekaliśmy 10 lat żeby zobaczyć "animowane" "zakończenia" "fabularne", które są bite na głowę przez cutscenki użyte już w pierwszej odsłonie Marvel versus Capcom? Pamiętam doskonale, że to, co mogłem obejrzeć grając w MvC1 przynajmniej składało się z animacji wykraczającej poza pojawiające się litery opisujące w 3-6 zdaniach sytuację po pokonaniu Onslaught'a. Fakt, że MvC3 jest skierowany przede wszystkim do graczy ze sceny turniejowej nie usprawiedliwia ewidentnego lenistwa w trybach dla pojedynczego gracza. Wspomniany już BlazBlue:Continuum Shift, choć niewątpliwie miał wady w systemie walki, oferował ogromny tryb fabularny, w którym można było bez znużenia spędzić długie godziny. Namco, choć niespecjalnie popisało się Tekkenem 6, dopilnowało jednak by i tam samotny gracz miał co robić. Tymczasem wydaje się, że Capcom zupełnie nie jest zainteresowany docieraniem do graczy, których nie rajcuje turniejowy aspekt gry. Na dobicie warto dodać, że tryb online pozbawiony jest nie tylko bogactwa opcji znanych z SSF4, ale nie ma nawet możliwości oglądania walki będąc w poczekalni. Oznacza to, że przy więcej niż dwu graczach w pokoju będziemy spędzać niemiłosiernie nudne chwile patrząc na stukające się karty akurat grających.
Podsumowując - zakup Marvel versus Capcom 3 powinniście uzależnić od swojego podejścia do bijatyk. Zainteresowani aspektem rywalizacji, gotowi regularnie trenować by udowadniać swoją wyższość kumplom, czy spędzać wieczory na starciach sieciowych powinni zwrócić uwagę na ten tytuł. Szczególnie polecam grę osobom, do których nie przemawia wolniejsze tempo SSF4, a którzy lubią bijatyki dwuwymiarowe. Jednakże, osoby podchodzące do tego bardziej na luzie i oczekujące raczej bezstresowego, okazyjnego pogrywania raczej szybko znuży ten tytuł. Gra jest solidna i ciekawa, z pewnością warta uwagi, niekoniecznie jednak pieniędzy.
- ciekawe rozwiązania
- świetna oprawa audio i wideo
- mało elementów dla pojedynczego gracza
- kiepski MP

Komentarze
Brak komentarzy dla tego artykułu.