Guild Wars: Eye of the North
Podoba Ci się ten artykuł?
Zacznijmy może od tego, że Guild Wars: Eye of the North, to produkcja przygotowana wyłącznie z myślą o tych, którzy wcześniej mieli kontakt z pozostałymi odsłonami serii. Po pierwsze dlatego, że do uruchomienia wymaga posiadania którejkolwiek z nich. Po drugie, by móc cokolwiek zdziałać, potrzebujemy postaci na co najmniej dwudziestym poziomie doświadczenia. Proste, prawda? Opisywanie tego, czym tak naprawdę jest świat Guild Wars, dlaczego nie powinien konkurować z World of Warcraft, odpuszczę sobie, bowiem śmiem podejrzewać, że tę recenzję czytają wyłącznie entuzjaści cyklu, a nie "zieloni fanatycy MMO".
Kampania przedstawia nam historię, w której Tyria zostaje pokazana jako nieszczęśliwe miejsce. Na terenie owego świata miała miejsce seria bardzo gwałtownych i mających poważne konsekwencje trzęsień ziemi. Świat zmienił się. Pytanie - kto za tym wszystkim stoi? Samo się przecież nie zrobiło. Dowiadujemy się, że za katastrofę odpowiedzialni są Niszczyciele (jednostki, mające na celu uprzykrzyć życie tak, by doprowadzić wszystkie pozostałe organizmy żywe do śmierci, w tym ludzi - rzecz jasna). Jednak to nie ludzie są głównym celem wspomnianej rasy. Ta ostatnia wpierw ma zamiar rozprawić się z Krasnoludami. Dlaczego? Ano, to właśnie oni dowiedli, że Niszczyciele są tymi złymi, którzy co rusz starają się siać strach... By nie tracić czasu, Niszczyciele atakują również Asurów, którzy proszą nas o pomoc....
Naturalnie kierujemy stworzoną już kiedyś tam postacią, machamy różnymi rodzajami broni, czarujemy, podróżujemy (np. po górskich krainach takich jak Splamione Wybrzeże, ziemia Popielców), natrafiamy na skarby... Oczywiście gdzieś po drodze napotykamy kolejnych przeciwników - przedstawicieli rasy Niszczycieli i siejemy spustoszenie. Wydaje się prymitywne, ale uwierzcie - zabawa jest przednia, a rozgrywka skonstruowana tak, by przykuć do monitora na długie godziny. Poza tym, jak to w MMO bywa, musimy wykonywać przeróżne zadania. W przeciwieństwie do pozostałych kampanii Guild Wars, tutaj oddano nam całkowitą dowolność i sami decydujemy, który quest wykonamy teraz, a który nieco później. To musi się Wam spodobać.
Autorzy tym razem przygotowali aż osiemnaście nowych lokacji, umiejscowionych w podziemiach. Co warte zaznaczenia, to właśnie w nich rozgrywa się większość zadań, które przychodzi nam wykonać, a tylko od nas zależy, czy spędzimy w nich godzinę czy więcej. Naturalnie druga opcja pozwala zdobyć nowe umiejętności, awansować na wyższy poziom doświadczenia, znaleźć ciekawe przedmioty, etc. Poza tym dodam, iż taką możliwość przygotowano raczej z myślą o bardziej wprawionych graczach, działających zwykle w zorganizowanych grupach. Bowiem przebywając w podziemiach dostatecznie długo, natrafimy również na bossów. A jak nietrudno się domyślić walka z nimi nie należy do łatwych.
Kiedy już wyjdziemy z podziemi, będziemy mogli trochę pooddychać świeżym powietrzem, poszukując nowych, ciekawych elementów, jakie twórcy zawarli w Eye of the North. Ja tak właśnie zrobiłem i natrafiłem na możliwość wzięcia udziału w trzech różnych mini-grach. Najbardziej spodobała mi się ta, w której możemy stawić czoła Krasnoludom w pojedynku na gołe pięści. Poza nią przygotowano także opcję rywalizacji z pozostałymi bohaterami, znanymi z poprzednich części serii, a także, uwaga... pojedynki Pokemonów w krainie... uwaga po raz drugi... Magic: The Gathering. Koniec uwagi. ;-)
Śmiało można stwierdzić, że Eye of the North jest swojego rodzaju ?płynnym przejściem" pomiędzy pierwszą, a drugą częścią serii. W trakcie eksploracji poszczególnych lokacji spotykamy bohaterów, których w pełnej krasie poznamy dopiero w sequelu, poza tym natrafimy także na Krasnoludów znanych z poprzednich kampanii, Nornów czy Asurów (tych również dogłębniej poznamy w Guild Wars 2 - teraz są jedynie "zapowiadane"). Warto także zauważyć, że w pewnym momencie na naszej drodze staje Gwen, czyli zaginiona dziewczynka znana z Prophecies.
Pod względem grafiki, omawiana produkcja reprezentuje ten sam poziom, co jej poprzednicy. Nie zdecydowano się na jakiekolwiek zmiany wystroju - możemy ewentualnie pod lupą wyszukać kilka kosmetycznych poprawek. Na totalną poprawę jakości tekstur, ulepszone animacje czy inne tego typu elementy musimy poczekać do premiery Guild Wars. Nie zmienia to jednak faktu, że oprawa wizualna w Eye of the North stoi na bardzo wysokim poziomie. Wszystko jest dopracowane, zastosowana gama kolorów świetnie buduje klimat, lokacje również nie pozostawiają wiele do życzenia, podobnie jak i wygląd przeciwników. Atutem gry jest także jej ścieżka dźwiękowa - bardzo udane kawałki, jakich możemy słuchać w trakcie zabawy, to przecież droga do sukcesu. Ileż to razy zdarzało się nam wyłączać głośniki.
Rodzimym wydawcą gry jest firma CD Projekt, która nie dość, że wpuściła Guild Wars: Eye of the North na polski rynek w dniu światowej premiery, to dodatkowo zadbała o kinową lokalizację programu. Ta została wykonana na przyzwoitym poziomie, nie natrafiłem nigdzie na żadne poważne usterki. Dodatkowo przystępna cena ustalona na poziomie 99,90 PLN również powinna zachęcić nas do zakupu.
Guild Wars: Eye of the North to solidny dodatek. Jednocześnie żegna on nas ze światem pierwszej części, zapowiadając przy okazji to, co zobaczymy w przyszłym roku. Zdecydowanie można polecić go wszystkim entuzjastom poprzednich odsłon cyklu, gdyż właśnie do nich jest adresowany. Pozostali gracze niestety powinni rozpocząć swoją przygodę z Prophecies, by awansować do 20. levelu. No to co? Do sklepów fani Guild Wars, do sklepów!
- dowolność w wykonywaniu zadań
- fenomenalne tematy na mini - gry
- wersja PL
- w sumie, mało zmian

Komentarze
Brak komentarzy dla tego artykułu.