Terrorist Takedown: Tajne Operacje
Podoba Ci się ten artykuł?
Jednym z grzechów głównych Tajnych Operacji jest ich niestabilność. Pomijając fakt, że gra nie zawsze ma wiele wspólnego z płynnością, lubi się ona nagminnie wyłączać. Powroty do ekranu pulpitu zdarzają się tutaj notorycznie, co sprawdziłem osobiście na trzech komputerach. Terrorist Takedown jest "odporne" na wszelkie konfiguracje i za nic nie daje nam spokojnie pograć. Z początku myślałem, że jest to kłopot, ale teraz wierzę twórcom, że chcieli po prostu zadbać o moje nerwy i ochronić przed spotkaniem z piętrzącymi się bugami, które zgrabnie wpleciono w gameplay.
Jako nieco mniejsze przewinienie należy traktować sztampową i do bólu przewidywalną fabułę. Ot, po raz setny trafiamy do południowoamerykańskiej dżungli i jako amerykański wojak, Jake Morche, bierzemy udział w odbijaniu naszych kolegów z rąk terrorystów. Przy okazji udaremniamy sporą liczbę przestępstw, takich jak handel narkotykami, bronią, żywym towarem oraz inne mniej lub bardziej niemoralne akcje z udziałem naszych oponentów. Od pierwszej minuty wiemy, kto jest dobry, a kto zły - nie ma postaci chaotycznych, rozdartych wewnętrznie, toteż na czas gry możemy spokojnie wyłączyć tę część mózgu, która odpowiada za myślenie i oddać się krwawej, nieszczególnie przyjemnej jatce. Naturalnie w Tajnych Operacjach znajdzie się kilka zwrotów fabuły, ale w efekcie i tak historia sprowadza się do wystrzelenia wszystkiego, co widzimy w zasięgu swojego wzroku.
Następne, choć wcale nie najpoważniejsze niedociągnięcie nowego Terrorist Takedown, to koszmarna SI. Adwersarze sterowani przez komputer szkalują pojęcie Sztucznej Inteligencji. Tabuny przeciwników z lubością pakują się pod lufę naszej giwery (pistoletu, karabinu, snajperki etc.), uznając najwidoczniej, że ilość jest ważniejsza od jakości. Żeby jednak nie być tak jadowitym i jednostronnym, wspomnę, że nasi wrogowie dysponują niezłą celnością. Prawdę mówiąc, są niesamowicie dokładni i potrafią oddać do nas skuteczny strzał nawet z odległości ponad stu metrów. Na szczęście nie dbają zbytnio o stosowanie zasłon, dlatego możemy bez problemy zdjąć ich ze stanowisk i ruszyć dalej w zarośla, by po raz n-ty uratować świat. Aby gra była jeszcze łatwiejsza, co rusz natrafiamy na cudowną apteczkę, która likwiduje nasze problemy zdrowotne. Aż dziw, że w sercu dżungli porozrzucano aż tyle środków opatrunkowych. Ale kto mówił, że ma być realistycznie…
Gdy miałem już zmusić się do odnalezienia w grze choć jednej zalety (czyt. zróżnicowanych lokacji), dotarłem do materiałów związanych z ostatnią produkcją City Interactive, Wojną w Kolumbii. Po przejrzeniu garstki screenshotów uświadomiłem sobie pewien istotny fakt. Poziomy, po których poruszamy się w Tajnych Operacjach zostały żywcem skopiowane z poprzedniczki! Jedni mogą nazwać to lenistwem, inni bezczelnością programistów, a dla mnie jest to po prostu dowód na brak pomysłów, zerową kreatywność i to, że nie tylko giganci branży bazują na własnym dorobku. Tym niemniej fakty przedstawiają się dosyć boleśnie: ponad połowa map w nowym TT to najzwyczajniej w świecie powtórka z rozrywki, zrzynka z Wojny w Kolumbii. Starożytne świątynie, obozowiska i bazy terrorystów może i są atrakcyjne, ale tylko wtedy, gdy płacimy za nie jeden, jedyny raz.
Z drugiej strony aż strach pomyśleć, jak wyglądałaby oprawa wizualna gry, gdyby City Interactive zdecydowało się na wprowadzenie do niej nowych elementów. Już teraz to, co widzimy na ekranie, wygląda dostatecznie odpychająco. Zdziwiłem się, gdy na ulotce dołączonej do TT ujrzałem informację, że tytuł jest napędzany silnikiem Chrome. Całkiem niedawno Techland udowodnił, że narzędzie to jest jeszcze w dobrej kondycji, co można dostrzec chociażby w Xpand Rally Extreme. Tymczasem twórcy Tajnych Operacji nie pokusili się o nadmierne zmiany w engine'ie, przez co wygląda on nadal, jak w 2003 r. I to niestety widać.
Pomimo tak obciążających win twór City Interactive ma jeden atut - oprawę dźwiękową. Odgłosy poszczególnych rodzajów broni brzmią przekonująco, a muzyka przygrywająca nam podczas jedenastu misji nadaje tytułowi egzotyczny klimat. Jednak co z tego, gdy wszystko inne nadaje się do kosza? Słowo "grywalność" w odniesieniu do Tajnych Operacji jest totalnym nieporozumieniem. W chwili, gdy zanosi się już na to, że może być przyjemnie, gra wraca do Windowsa. Swoją drogą monotonne zadania, podzielone na otwartą walkę w stylu Rambo albo udawanie snajpera, nikogo już dzisiaj nie zaskakują, a i czas ładowania poziomów (średnio 2-3 minuty) potrafi skutecznie odstraszyć co bardziej niecierpliwych odbiorców.
Eskapadę w Ameryce Południowej przy odrobinie szczęścia da się ukończyć w kilkanaście godzin. Multiplayera oczywiście brak, ale, szczerze mówiąc, po traumatycznych przeżyciach z trybem single nie miałbym ochoty na zagłębianie się w tajniki gry wieloosobowej. W podobnym segmencie cenowym, w jakim funkcjonują Tajne Operacje, można dzisiaj bezproblemowo zakupić Far Cry'a albo Kroniki Riddicka. W porównaniu z tymi produktami projekt warszawskich programistów nie ma najmniejszych szans. Jest pustym, pozbawionym głębi FPS-em, bez którego wszyscy by sobie poradzili. Mam nadzieję, że w przyszłości nasi rodacy zdobędą się na wykreowanie czegoś bardziej ambitnego, a ich dziecku nie wystawiam najniższej oceny tylko dlatego, że mam świadomość, iż w przyszłości na rynku może pojawić się jeszcze gorszy potwór. Oby tylko nie nosił na sobie loga City Interactive.
- przyzwoita muzyka
- zrzynka etapów z Wojny w Kolumbii
- zbezczeszczenie silnika Chrome
- niestabilność
- zagubiona grywalność

Komentarze
Brak komentarzy dla tego artykułu.