GRU 28 RECENZJA

Tajne Akta: Tunguska

Marek Grochowski

0
Zgodnie ze świecką tradycją kolejny już raz z rzędu wyposzczeni fani przygodówek muszą polować na garść udanych tytułów, tworzonych specjalnie z myślą o nich przez często niewielkie studia, złożone z programistów, którym oprócz chęci zysku przyświecają także inne cele, jak na przykład realizowanie własnej pasji. Wśród gier adventure typu point & click w ostatnich miesiącach moją uwagę zwrócił jedynie Keepsake, ale tytuł ten pozostawił po sobie spory niedosyt. Kiedy już myślałem, że końcówka jesieni minie mi na czytaniu mało rozrywkowych lektur oraz słuchaniu coraz to bardziej przewidywalnych płyt, na horyzoncie pojawiła się pozycja o nieco enigmatycznej nazwie - Tajne Akta: Tunguska. Produkcja rodem z zupełnie nieznanego studia Fusionsphere Systems z racji tego, iż jest dziełem w pewnym sensie anonimowym, z początku nie wydawała mi się czymś atrakcyjnym. Tym bardziej zdziwiłem się, gdy po kilkudziesięciu godzinach obcowania z nią zdałem sobie sprawę, że w moje ręce wpadła właśnie najlepsza, staroszkolna przygodówka tego roku.

Szczerze mówiąc, sądziłem, iż tym zdaniem dane będzie mi opisywać Paradise Benoita Sokala, ale jak wiemy, twór debiutującego zespołu White Birds okazał się bolesnym rozczarowaniem nie tylko dla graczy rozochoconych dwiema cudownymi Syberiami, ale także dla recenzentów, którzy mieli już gotowe peany na cześć talentu belgijskiego rysownika. Opatrzność sprawiła jednak, że mogę dzisiaj z pełnym przekonaniem wytypować grę, która okazała się dla mnie całkowitym zaskoczeniem, rzecz jasna, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Nie ma jednak róży bez kolców, co Tunguska zdaje się doskonale potwierdzać od chwili pierwszego kontaktu z odbiorcą. Najpoważniejszy problem, jaki miałem z produkcją wydaną przez niemieckie Deep Silver, pojawił się… jeszcze przed uruchomieniem dzieła. Zgodnie z moimi przewidywaniami instalacja tytułu przebiegła bezproblemowo. Gorzej było jednak z jego włączeniem. Przekonałem się, że Tajne Akta nie lubią niektórych sterowników do kart ATI, a nade wszystko nie cierpią aktualizacji systemu, pobieranych za pomocą Windows Update. Ile wysiłku kosztowało mnie dojście do chwili, w której zobaczyłem intro gry, wiedzą jedynie moi domownicy, którzy w odstępie kilku godzin dowiedzieli się o mych nadzwyczajnych zdolnościach w rozwijaniu języka, zwanego potocznie łaciną podwórkową. Wreszcie udało się - po serii brutalnych zabiegów pożegnałem wszelkie komunikaty o błędach i z nieukrywaną ulgą zanurzyłem się wirtualnym świecie. Pora przedstawić Wam, co w nim ujrzałem.

Zacznę od tego, co zainteresowało mnie najbardziej, czyli od fabuły będącej w ścisłym związku z autentycznymi wydarzeniami, które miały miejsce 30 czerwca 1908 roku w środkowej Syberii, niedaleko rzeki Kamienna Tunguska. Na terenie tym doszło do gigantycznej eksplozji, której siła równała się tysiącowi bomb atomowych zrzuconych przez Amerykanów na Hiroszimę. Do dzisiaj nie wiadomo, co było przyczyną wybuchu. Następstwa zjawiska były jednakże bardzo ciekawe. Drzewa w promieniu kilkudziesięciu kilometrów zostały całkowicie połamane, wstrząs sejsmiczny w epicentrum katastrofy dało się odczuć na innych kontynentach, a w nocy, kiedy doszło do eksplozji, niebo nad Europą było tak jasne, że czytanie gazety bez pomocy lampy nie nastręczało absolutnie żadnych kłopotów. Nurtujące, nieprawdaż? Z takiego też założenia wyszli twórcy gry Secret Files, którzy na podstawie tunguskich wydarzeń stworzyli swoją pierwszą poważną przygodówkę.

Główną bohaterką opisywanego dzieła jest zamieszkała w Berlinie Rosjanka, Nina Kalenkowa. Ta dwudziestoparoletnia, płomiennowłosa dziewczyna jest córką Wladimira, znanego naukowca, który u schyłku kariery zatrudnił się na ciepłej posadce w lokalnym muzeum. Pewnego dnia w niejasnych okolicznościach ojciec naszej podopiecznej zniknął, zostawiając w swoim biurze gigantyczny bałagan. Prowadzona przez nas bohaterka najpierw zadzwoniła na policję, ale zniechęcona arogancją służb państwowych postanowiła w trybie natychmiastowym rozpocząć poszukiwania rodziciela na własną rękę. Bezinteresowną pomoc okazał jej przystojny Max Gruber, jeden z muzealnych stażystów. To właśnie tą parą dane jest nam przejść przez całą grę, obfitującą w niesamowite zwroty akcji i emocjonujące momenty. Naraz możemy kontrolować tylko jedną postać - zazwyczaj jest nią Nina. W paru momentach jednak dane jest nam wcielić się w skórę nieco lalusiowatego adoratora pięknej dziewczyny, a w jednym szczególnym wypadku przełączamy się pomiędzy członkami naszego dreamteamu, by nawiązać między nimi współpracę i popchnąć akcję do przodu.

Kluczowym aspektem niemal każdej przygodówki jest fabuła. Opowieść, z jaką mamy do czynienia w Tungusce, to kawał świetnej historii, która spokojnie mogłaby posłużyć do nakręcenia całkiem niezłego filmu kryminalnego, zahaczającego momentami o klimaty science-fiction. Mamy tu morderstwa, niewyjaśnione zagadki, przedstawionych w negatywnym świetle funkcjonariuszy policji i wojska, a nawet członków sekty i technologię pochodzącą od pozaziemskiej cywilizacji. W skrócie: pełny serwis. Co najważniejsze, przejścia pomiędzy kolejnymi wątkami fabuły są płynne i logiczne. W zabawie bardzo przydatne okazują się zapiski w pamiętniku Niny, które nie mają charakteru osobistego, lecz narratorski - doskonale streszczają nasze ostatnie postępy i nakierowują na cele, które powinniśmy osiągnąć w swych kolejnych poczynaniach. A rzeczy do zrobienia jest naprawdę wiele. Podstawą w rozwijaniu akcji są rozmowy z napotkanymi postaciami. W trakcie rozgrywki możemy prowadzić dialogi z kilkudziesięcioma personami - uczonymi, żołnierzami, zwykłymi robotnikami, a nawet pacjentami zakładu psychiatrycznego. Podczas rozmów nie zadajemy ściśle określonych pytań, a jedynie klikamy na obrazki symbolizujące poszczególne tematy. Rozwiązanie tyleż banalne, co praktyczne. Nie potrafię jednak pozbyć się wrażenia, że z powodu takich właśnie uproszczeń produkcje adventure przestają być rozrywką dla myślącej części społeczeństwa. Moje zdanie potwierdza fakt, że w grze pojawia się możliwość podświetlania tych miejsc na ekranie, w których znajdują się potrzebne nam przedmioty, punkty interakcji itp. Choć autorzy zarzekali się, że sami wpadli na ten pomysł, nie należy im wierzyć - identyczny patent widzieliśmy już w ubiegłym wieku, w serii Simon the Sorcerer. Dodatek ten eliminuje konieczność nadmiernego kombinowania, ale jeśli nie chcemy psuć sobie radości z odkrywania rozmaitych gadżetów, możemy z niego po prostu nie korzystać. Drążąc nieco wątek interfejsu, należy wspomnieć, że ekwipunek naszych bohaterów jest nieograniczony - to w końcu przygodówka, a nie symulator wojenny. Warto też wspomnieć, że w grze nie przewija się żadne zadanie, w którym musielibyśmy zmagać się z upływającym czasem - wszystko da się zrobić na spokojnie, bez szaleńczych ruchów myszką.

Kolejną rzeczą, bez jakiej nie może obejść się pełnoprawna pozycja w oldschoolowym stylu point & click, są zagadki. W Tungusce takowe naturalnie występują, jednak nie natrafiamy na żadną łamigłówkę, której rozwikłanie byłoby trudniejsze od poradzenia sobie z węzłem gordyjskim. Serwowane nam problemy prezentują raczej średni poziom skomplikowania i nawet totalny amator z większością zagwozdek może poradzić sobie bez częstego sięgania do różnorakich solucji. W przypadku poważniejszych kłopotów wystarczy otworzyć pamiętnik Niny - tam znajdujemy cenne wskazówki, które doprowadzają nas do sukcesu w walce z szatańskimi pomysłami twórców zagadek.

Osobny akapit postanowiłem poświęcić lokacjom, jakie dane jest nam odwiedzać. Wśród miejsc, w których Nina i jej kompan zostawiają swoje ślady, jest Berlin, Moskwa, wioska nad Kamienną Tunguską, Kuba, Irlandia, Chiny oraz Antarktyda. Przyznacie chyba, że to dość spory asortyment. Mi osobiście do gustu przypadła najbardziej posiadłość Fidela Castro, jedno z nielicznych miejsc, gdzie zabawa nieco się rozluźnia, a napotkane przez nas postacie - tak jak prawdziwi Kubańczycy - żyją pełnią życia, są pełne humoru i od czasu do czasu potrafią sypnąć dowcipnym tekstem. Takie drobiazgi w wielkim stopniu wpływają na klimat produktu i sprawiają, że za wszelką cenę chce się brnąć do przodu, pomimo tego, że zakończenie przygody pozostawia trochę do życzenia. Na szczęście programiści udostępnili już patch, który zmienia finałową sekwencję, dzięki czemu jeżeli czujemy się rozczarowani tokiem wydarzeń, możemy zmienić nieco bieg historii.

Uważam, że najpotężniejszym atutem Tajnych Akt jest ich oprawa graficzna. Przyznaję z ręką na sercu, że tak dobrych prerenderowanych lokacji nie widziałem od bardzo dawna - w dzieło Fusionsphere Systems warto zagrać choćby tylko dla nich. Tła są po prostu niesamowite. Dokładając do tego doskonałe przerywniki animowane otrzymujemy produkt, który swoim wyglądem przyprawia o szybsze bicie serca, mówiąc wprost: miażdży. Schodząc jednak na ziemię, zauważę, że trójwymiarowe postacie prezentują już normalny poziom, a chcąc sobie nawet nieco ponarzekać, zwrócę Waszą uwagę na inny element warstwy technicznej Tunguski, czyli muzykę. Podczas naszej podróży poza kilkoma wyjątkami nie słychać praktycznie żadnego ambitnego utworu. Stąd też krótkie słuchanie kubańskich rytmów sprawiło mi wielką radość, co nie zmienia faktu, że na polu dźwiękowym producenci zbytnio się nie popisali.

Plamę na honorze zmazała rodzima ekipa lokalizacyjna, która podeszła do sprawy z pełnym zaangażowaniem i doskonale poradziła sobie z powierzonym zadaniem. Obfite bądź co bądź partie tekstu przetłumaczono rzetelnie, popełniając jedynie parę nieistotnych literówek. Zaletą gry jest także dołączona do niej instrukcja, bogata w opisy oraz mini-album ze szkicami koncepcyjnymi. To, co zostanie mi jednak na dłużej w pamięci, to głosy wirtualnych postaci. Chciałbym w tym miejscu wyróżnić kwestie wypowiadane przez Ninę, które brzmią niezwykle emocjonalnie i ciepło. Coś wspaniałego. Pozostali aktorzy również dali radę i nadali granym przez siebie osobom własny, niepowtarzalny charakter. Wykonali po prostu kawał świetnej roboty i za to im chwała. Porównując polską Tunguskę do wersji angielskiej czy niemieckiej, możemy być dumni z naszej lokalizacji.

Secret Files to dla mnie największa niespodzianka mijającego roku. Produkt niewykazujący żadnego nowatorstwa czy sprytnych rozwiązań, ale nad wyraz wciągający. Tajne Akta to tytuł, który potrafi przykuć do ekranu samą fabułą, a posiada przecież jeszcze mnóstwo innych walorów: monumentalną oprawę wizualną, nieprzeciętne dialogi, inteligentnie wplecione zagadki czy wreszcie bardzo sugestywny klimat. Dziecko naszych zachodnich sąsiadów jest tym, na co czekałem od bardzo dawna. Panowie zza Odry udowodnili, że nie trzeba być Sokalem, aby zrobić cudowną przygodówkę. Z niecierpliwością czekam więc na kolejną odsłonę ich dzieła, rezerwując sobie w kalendarzyku kilka wolnych dni i mając cichą nadzieję, że zostaną one wypełnione maksymalnym miodem.
Plusy
- różnorodność lokacji
- dobre dialogi
- doskonała grafika i przerywniki
- odpowiednio dobrane zagadki
- polskie wydanie
Minusy
- szczątkowa muzyka
- zbyt wiele ułatwień
- słabe zakończenie

Przejdź do encyklopedii:

Komentarze

Brak komentarzy dla tego artykułu.

Napisz swój komentarz

Pole nieobowiązkowe

Przepisz kod

Przeładuj obrazek

Najnowsza wideorecenzja

Zobacz pozostałe

Najnowsze trailery

zobacz wszystkie

Minecraft: Xbox360 Edition 0:29
The Last of Us: Joel and Ellie Truck Ambush 1:36

Hitman: Sniper Challenge Launch Trailer 1:47
Hitman Rozgrzeszenie gameplay - napisy PL 2:33